Skip to content

XXVI Niedziela zwykła 27.09.2026

Nie słowa lecz czyny.

Dzisiejsza Ewangelia dotyka trudnego dla wielu katolików zagadnienia Bożej sprawiedliwości. Koresponduje ono z przypowieścią o synu marnotrawnym, a zwłaszcza ze słowami starszego brata skierowanymi do ojca: oto tyle lat ci służę, a ty zrównałeś mnie z tym, który roztrwonił twój majątek. Często słyszymy pytania: jak to jest, że ktoś całe życie żył jak poganin, popełniał straszne grzechy, pozostawał poza Kościołem, a nawet walczył z nim, a przed śmiercią nawrócił się i otrzymał rozgrzeszenie? Czy to jest sprawiedliwe? Ludzka logika w takiej sytuacji zawodzi. Logika Bożej sprawiedliwości natomiast jest inna. Bóg – miłosierny Ojciec – nigdy nie rezygnuje z walki o człowieka. Nie odtrąca nawet największych grzeszników. Walczy o każdego, aż do granicy swojej wszechmocy. A granicą Bożej wszechmocy jest wolność człowieka. Wolność, w imię której można wybrać wierność Bogu albo wystąpić przeciw Niemu. Bo człowiek może Bogu powiedzieć „nie”, może kamienować proroków, skazywać się na potępienie. Człowiek jest wolny, ale to przywołany św. Augustyn zapisał w Wyznaniach, że nie uspokoi się serce człowieka, dopóki nie napełni się Bogiem. Wielu pojmuje to dopiero na łożu śmierci.

W dzisiejszą niedzielę Bóg stawia pytanie: do którego z synów jest nam bliżej? Czy do tego, który tylko mówi, czy też do tego, który czyni? Jakim jestem pracownikiem w Bożej winnicy? Czy pamiętam, że wszystko, co mam, otrzymałem od miłosiernego Ojca, i że On upomni się kiedyś o swoją własność? Co czynię ze swoim życiem? Czy kierując się wiarą, wydaję owoce odpowiednie do mojego powołania i misji życiowej?

Miłosierny Ojciec ustami współczesnych proroków wciąż przypomina, że uczciwy pracownik w jego winnicy podąża jedyną i niezawodną drogą – to droga wiary, pokory, zaufania, dobra i miłosierdzia. Trzeba tą drogą iść aż do żniwa. Wtedy Gospodarz wyśle żniwiarzy, którzy chwast wrzucą w ogień nieugaszony, a pszenicę zbiorą i schowają do Bożego spichlerza.

Ks. Józef Kula

XXV Niedziela zwykła 20.09.2024

Dzisiejsza Ewangelia może wzbudzić w nas pewne zdziwienie i niezrozumienie. Gospodarz wychodzi rano i zatrudnia robotników do swojej winnicy. Jedni pracują od samego rana, inni przychodzą później, a ostatni pojawiają się właściwie pod koniec dnia. Wieczorem przychodzi czas wypłaty. I nagle okazuje się, że ten, który pracował cały dzień, dostaje tyle samo co ten, który przepracował tylko jedną godzinę.

Po ludzku? To jest niesprawiedliwe. Wyobraźmy sobie, że coś takiego wydarzyłoby się dzisiaj. Jeden człowiek przychodzi do pracy o szóstej rano. Pracuje w upale, jest zmęczony, wykonuje swoje obowiązki przez cały dzień. Drugi przychodzi godzinę przed końcem pracy. A wieczorem szef daje jednemu i drugiemu dokładnie taką samą wypłatę. Co by się działo? Byłaby awantura. Pewnie sprawa trafiłaby do mediów. Gazety pisałyby o niesprawiedliwym pracodawcy, w internecie pojawiłyby się komentarze, może zainteresowałaby się tym inspekcja pracy. I większość z nas powiedziałaby: „Przecież tak nie można! To jest niesprawiedliwe!”.

I właśnie dlatego ta przypowieść jest tak mocna. Bo Jezus nie mówi o prawie pracy. Nie daje wskazówek przedsiębiorcom, jak mają wypłacać pensje. Na początku wyraźnie mówi: „Królestwo niebieskie podobne jest…”. Jezus bierze sytuację, która po ludzku wydaje się niesprawiedliwa, żeby powiedzieć nam coś bardzo ważnego o Bogu. Bóg nie jest księgowym, który siedzi z kalkulatorem i oblicza: ty zrobiłeś tyle dobra, więc dostaniesz tyle; ty modliłeś się tyle godzin, więc należy ci się więcej; ty byłeś lepszy od innych, więc masz pierwszeństwo. Bóg jest Ojcem. Bóg jest miłością.

Gospodarz wychodzi po robotników kilka razy: rano, o trzeciej godzinie, szóstej, dziewiątej, a nawet jedenastej. Jakby nie mógł spokojnie siedzieć, dopóki ktoś jeszcze stoi poza winnicą. I właśnie taki jest Bóg. On ciągle wychodzi szukać człowieka. Nie chce pogodzić się z tym, że ktoś żyje daleko od Niego. Szuka człowieka do ostatniej chwiliI tu zaczyna się problem tych, którzy pracowali od rana. Oni nie zostali oszukani. Dostali dokładnie tyle, na ile się umówili. Ich problem zaczyna się wtedy, kiedy zobaczyli, ile otrzymali inni. To jest bardzo życiowe. Czasami jesteśmy zadowoleni z tego, co mamy, dopóki nie zobaczymy, że ktoś inny dostał tyle samo albo więcej. I nagle zaczynamy porównywać: „Dlaczego on? Przecież ja bardziej zasłużyłem. Ja więcej zrobiłem. Ja dłużej jestem wierzący”. I wtedy Bóg mówi: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. Można być całe życie w winnicy Boga, a jednak nie rozumieć serca Gospodarza.

Można chodzić do kościoła od dzieciństwa, przystępować do sakramentów, modlić się, zachowywać przykazania, a jednak gdzieś głęboko nosić przekonanie: „Boże, mnie należy się więcej niż tamtemu”. A potem przychodzi ktoś, kto przez trzydzieści lat nie był w kościele. Żył bez Boga. Narobił w życiu wiele zła. I nagle się nawraca. Idzie do spowiedzi. Zaczyna się modlić. Wraca do Eucharystii.

W tym momencie Ewangelia staje się naprawdę trudna. Bo gdy słyszymy o Bożym miłosierdziu wobec zwyczajnego człowieka, łatwo powiedzieć: „Bóg jest miłosierny”. Ale kiedy miłosierdzie ma dotknąć człowieka, który uczynił potworne zło, coś w nas zaczyna protestować: „Boże, to jest niesprawiedliwe!” I wtedy jakby słyszymy odpowiedź gospodarza z dzisiejszej Ewangelii: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”.

Oczywiście Boże przebaczenie nie oznacza, że zło przestaje być złem. Nie usuwa odpowiedzialności za popełnione czyny ani nie przekreśla cierpienia ofiar. Prawdziwe nawrócenie zakłada żal za grzechy, odwrócenie się od zła i zwrócenie się ku Bogu. Boże miłosierdzie nie jest pobłażliwością wobec zła. Jest łaską, która może przemienić nawet największego grzesznika. I pokazuje coś niezwykłego: Bóg do ostatniej chwili wychodzi naprzeciw człowiekowi i daje mu możliwość nawrócenia. Nawet temu, którego my już dawno skreśliliśmy.

I może dzisiaj ktoś z nas potrzebuje właśnie tego słowa. Może patrzysz na swoje życie i myślisz: „Za późno. Za dużo zmarnowałem. Za daleko odszedłem. Za długo nie było mnie przy Bogu”. Nie. Dopóki żyjesz, Gospodarz jeszcze wychodzi na rynek. Jeszcze cię szuka. Jeszcze mówi: „Idź i ty do mojej winnicy”. Jeszcze można się wyspowiadać. Jeszcze można przebaczyć. Jeszcze można uklęknąć. Jeszcze można zacząć od nowa.

A jeżeli jesteś w tej winnicy od rana, jeżeli od dzieciństwa jesteś blisko Boga, nie zazdrość tym, którzy przyszli później. Ciesz się, że byłeś z Nim przez cały dzień. Przecież największą nagrodą robotnika nie jest tylko denar. Największą łaską jest to, że cały dzień był w winnicy. Największym darem naszego życia nie jest tylko to, co kiedyś otrzymamy od Boga. Największym darem jest to, że już dzisiaj możemy żyć z Nim. Dlatego nie patrzmy na Boga jak na księgowego. Nie pytajmy ciągle: „Kto zasłużył bardziej? Kto dostał więcej? Dlaczego tamtemu przebaczyłeś?”.

Spójrzmy raczej na krzyż. Bo gdyby Bóg był wobec nas tylko sprawiedliwy, kto z nas mógłby powiedzieć: „Panie, zasłużyłem na niebo”? Na szczęście Bóg jest nie tylko sprawiedliwy. Bóg jest miłością. I dlatego szuka człowieka rano, w południe, wieczorem, a nawet w ostatniej godzinie jego życia.

Po ludzku możemy powiedzieć: „To niesprawiedliwe”. A Bóg odpowiada: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”. I całe szczęście, Bracia i Siostry, że Bóg jest aż tak dobry. Bo być może kiedyś to właśnie my będziemy tym robotnikiem jedenastej godziny, który będzie potrzebował nie tego, na co zasłużył, ale Bożego miłosierdzia.

o. Łukasz Baran CSsR

XXIV Niedziela zwykła 13.09.2026

Umiejętność darowania win jest istotną zdolnością ucznia Chrystusa. Właśnie tym się dziś zajmiemy. W dawnych zakonach obowiązywało pozdrowienie: Memento mori (pamiętaj, że umrzesz). Mnisi, mobilizując się do życia w łasce, przypominali sobie o sądzie Bożym przy końcu życia. Podobnie Syrach w dzisiejszym pierwszym czytaniu uporczywie zachęca nas do odpuszczenia winy bliźniemu. Żywienie do drugiego człowieka złości, gniewu czy knucie planów zemsty są nazwane obrzydliwościami. Strasznie się czujemy, gdy próbuje nas opanować nienawiść. Pytamy: co się ze mną dzieje? A inni dociekają: gdzie się podział ten sympatyczny i życzliwy człowiek? Nienawiść to potworna siła, która może obrócić kochające serce w lodowaty kamień.

Syrach trzeźwo rekomenduje pamięć o ludzkiej kondycji i spojrzenie na naszą śmierć, owo memento. Aby szukać miłosierdzia u Boga, trzeba mieć go najpierw dla bliźniego, gdyż podobnie jak on jesteśmy ułomnymi śmiertelnikami. Gdy będziemy prosić o przebaczenie, zostaniemy zagadnięci o nasz poziom łaskawości wobec takich jak my. Modlitwa Ojcze nasz prośbę o chleb łączy nierozerwalnie z błaganiem o miłosierdzie. Tak jak codziennie potrzebujemy pożywienia, tak równie często wymagamy łaski odpuszczenia win. O tym, jak trudne to bywa, świadczy Jezusowa przypowieść. Król darowuje niewyobrażalny dług pierwszemu słudze, mimo że ten prosi tylko o rozłożenie go w ratach. Słuchacze mogli nawet zaśmiać się na początku przypowieści – takiego skarbu pewnie nie miał nawet król, a cóż dopiero sługa. Pan Jezus celowo używa tak niebotycznej ilości. Talent to od 24 do 34 kg, razy 10 tys., to daje kilkaset ton srebra! Dzisiejsza wartość to jakieś 2 mld zł. Dług nie do pomyślenia i nie do oddania dla zwykłego człowieka. Tak jak nie do oddania, nie do „spłacenia”, są nasze indywidualne i mierzone w skali całej ludzkości długi, czyli winy wobec Boga. Nikt z nas nie jest w stanie sam „odpracować” swojego długu, dlatego potrzebujemy miłosierdzia. A ono z kolei jest uzależnione od gotowości do darowania „długów” innym, jest do niej proporcjonalne. Nie miał tej umiejętności pierwszy dłużnik, gdyż otrzymawszy niebywałą łaskę, nie był w stanie darować koledze w potrzebie marnych 100 denarów – 100 dniówek pracy, dziś to może kilkanaście tysięcy zł. Stosunek pierwszego długu do drugiego to – uwaga! – wartość mniej więcej 600 tys. do 1. Dlatego brak litości w obliczu doznania gigantycznej szczodrości poskutkuje przerażającą karą pod czujnym okiem kata. Wielką siłą jest przebaczenie, darowanie win. Uspokaja, swoiście uwalnia od bolesnej przeszłości, naprawia relacje, otwiera na Boga i na człowieka.

Gdy odwiedziliśmy chorego, widzieliśmy, że jest spięty i nerwowy. Trzęsły mu się ręce, miał ściśnięte gardło. W szpitalu psychiatrycznym to, niestety, dość typowe. Mimo tego zaproponowałem mu spowiedź. Chwilę po niej wszedł do sali wyraźnie spokojniejszy i nawet lekko uśmiechnięty. Wszyscy to zauważyli. Łaska przebaczenia leczy. Dosłownie.

Ks. Dariusz Kowalczyk

XXIII Niedziela zwykła 06.09.2026

Upomnienie drugiego człowieka – jak pisze sam ewangelista Mateusz – zakłada 3 etapy. Najpierw – w cztery oczy. Potem – w obecności dwóch świadków. Na koniec zaś – wobec całej wspólnoty Kościoła. Upomnienie ma na celu ocalić współpracę. Ten człowiek ma powrócić na łono wspólnoty i Kościoła – do jedności z Jezusem. Mądrość roztropnego działania otrzymujemy na modlitwie. Gdzie dwaj zgodnie o coś proszą w imię Jezusa, to otrzymają. Mądrość upominania drugiego człowieka płynie przez modlitwę w duchu miłości. Chcemy pozyskać każdego dla Chrystusa. Pragniemy zrobić wszystko, aby nastał jeden pasterz i nastała jedna owczarnia. Wybór i decyzję pozostawiamy tym, do których Bóg nas posyła w naszym codziennym życiu. Niech obok naszych słów świadectwem będą nasze uczynki. Miłość wypełnia całe prawo i od początku istnienia chrześcijan wywoływała wśród pogan zachwyt. Niech i dziś świadectwo naszej miłości do Boga i drugiego człowieka porywa innych do Jezusa.

XXII Niedziela zwykła

Dzisiejsza Ewangelia nie należy do łatwych. Jezus mówi: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”.

To słowa, których nie da się wygładzić ani zastąpić jakąś wygodniejszą wersją Ewangelii. Gdybyśmy mogli wybierać z Ewangelii tylko to, co nam odpowiada, mielibyśmy religię bardzo przyjemną i bezpieczną. Zostalibyśmy przy opowiadaniach o narodzeniu Jezusa, Jego cudach, uzdrowieniach, przypowieści o synu marnotrawnym, miłosiernym Samarytaninie czy faryzeuszu i celniku. Ale może chcielibyśmy pominąć dzisiejsze słowa o zaparciu się siebie, krzyżu, ofierze i oddaniu życia.

A przecież z Biblii przyjmujemy nie tylko obietnice pocieszenia, uzdrowienia i pokoju, ale także wymagania, które prowadzą do prawdziwego życia.

Prorok Jeremiasz mówi dzisiaj z niezwykłą szczerością: „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść”.

Jeremiasz nie wypowiada tych słów w chwili łatwej. Jego misja była trudna. Doświadczał odrzucenia, samotności i cierpienia. Mógł powiedzieć: „Panie, pomyliłem się. Nie chcę już być Twoim prorokiem”. Jeremiasz odkrył, że służba Bogu nie zawsze będzie łatwa, ale nie może już żyć tak, jakby Boga nie było. Boże słowo stało się dla niego jak ogień płonący w sercu, którego nie potrafił zatrzymać. Nawet zniechęcenie i cierpienie nie były silniejsze od powołania, które otrzymał od Boga.

Można dziś zapytać siebie: Czy ja naprawdę dałem się „uwieść” Chrystusowi? Czy Jezus jest dla mnie tylko dodatkiem do życia, pocieszeniem w trudnej chwili, czy też Tym, któremu oddaję całe swoje życie?

Święty Paweł pisze do Rzymian: „Proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej”.

To nie jest wezwanie do pogardy dla życia ani do szukania cierpienia dla samego cierpienia. Chrześcijaństwo nie mówi, że ból jest dobry sam w sobie. Jezus nie zachęca do krzywdzenia siebie ani innych. On sam uzdrawiał, pocieszał i ratował człowieka. Krzyż nie oznacza biernego przyjmowania zła. Oznacza wierność miłości także wtedy, gdy miłość wiele kosztuje.

„Ofiarować swoje ciało” oznacza oddać Bogu konkretne życie: swoje ręce, aby pomagały; usta, aby mówiły prawdę i pocieszały; oczy, aby zauważały cierpiących; serce, aby nie zamknęło się na drugiego człowieka; czas i siły, aby służyć.

Święty Paweł dodaje jednak jeszcze jedno ważne wezwanie: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu”. Świat często podpowiada: unikaj cierpienia za wszelką cenę, wybieraj to, co łatwe i wygodne, myśl przede wszystkim o sobie. Tymczasem Chrystus mówi: „Idź za Mną”. Nie zaprasza do cierpienia dla cierpienia, ale do miłości, która nie ucieka, gdy zaczyna kosztować.

Każdy z nas jest wezwany, aby wziąć swój krzyż i iść za Chrystusem. Nie każda życiowa trudność jest od razu krzyżem w sensie Ewangelii. Choroba, cierpienie, trudne obowiązki czy bolesne doświadczenia stają się naszym krzyżem wtedy, gdy przeżywamy je w zjednoczeniu z Chrystusem i pozostajemy Mu wierni.

Naszym krzyżem może być cierpliwa opieka nad chorym, troska o starszego człowieka, przebaczenie, którego długo nie potrafimy udzielić, uczciwość w pracy, wierność małżeńska, wychowanie dzieci, trwanie przy kimś samotnym. Czasami krzyżem jest również odważne powiedzenie „nie” złu, kłamstwu, pogardzie i przemocy.

W Ewangelii Piotr mierzy się z pokusą łatwej drogi.

Gdy Jezus mówi uczniom o swojej męce, śmierci i zmartwychwstaniu, Piotr sprzeciwia się temu: „Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”.

Piotr chciał Jezusa chwalebnego, ale bez krzyża. Chciał Mesjasza zwycięskiego, ale nie cierpiącego.

Z czasem jednak ten sam Piotr przeszedł głęboką przemianę. Po zmartwychwstaniu i zesłaniu Ducha Świętego nie uciekał już przed krzyżem. Sam oddał życie za Chrystusa. Ten, który najpierw odrzucał drogę krzyża, później poszedł nią aż do końca. To pokazuje, że Jezus nie potępia człowieka za jego słabość, ale cierpliwie prowadzi go do dojrzałej wiary.

Ta pokusa jest obecna także w nas. Chcemy pokoju, ale bez wyrzeczenia. Chcemy zgody, ale bez przebaczenia. Chcemy lepszego świata, ale bez zmiany własnego serca. Chcemy, aby inni poświęcali się dla dobra wspólnego, podczas gdy my zachowamy wygodę i bezpieczeństwo.
Krzyż nie jest jednak celem samym w sobie. Celem jest życie. Jezus nie mówi: „Szukaj cierpienia”, lecz: „Idź za Mną”. A droga za Nim czasem prowadzi przez cierpienie, ale ostatecznie prowadzi do zmartwychwstania.

Dzisiejsza Ewangelia pyta nas: „Czy kochasz Chrystusa na tyle, aby iść za Nim także wtedy, gdy Jego droga wymaga ofiary?”.

Każdy z nas ma swój krzyż. Nie jesteśmy jednak wezwani, aby nieść go samotnie. Jezus idzie przed nami. Jego krzyż pokazuje, że miłość może być silniejsza niż nienawiść, prawda mocniejsza niż kłamstwo, a nadzieja większa niż rozpacz.

Tak było w życiu Jeremiasza. Ogień Bożego słowa okazał się silniejszy niż jego zniechęcenie. Tak było także w życiu Piotra. Miłość do Chrystusa okazała się silniejsza niż jego lęk. Tę samą drogę Pan otwiera także przed nami.

Pamiętajmy: chrześcijanin nie szuka krzyża, ale gdy go spotyka, niesie go razem z Chrystusem. A krzyż przeżywany z Chrystusem nigdy nie jest końcem drogi – jest drogą do zmartwychwstania.

o. Andrzej Szorc CSsR

XXI Niedziela zwykła 23.08.1026

Dzisiejsza Ewangelia zaprasza nas pod Cezareę Filipową, aby wysłuchać dialogu, który Jezus prowadzi ze swoimi uczniami. Postawione im pytanie: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” prowadzi do wyznania wiary przez Szymona Piotra: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga Żywego”. Następnie Jezus powierza mu szczególną władzę pasterską wśród Apostołów: „Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Opoka] i na tej Opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16,18-19). Wraz z tym wydarzeniem rozpoczyna się historia prymatu Piotra, którą dzisiaj w Kościele kontynuuje papież Leon XIV. Rozpoczyna się także nowa historia Piotra, prostego rybaka z Galilei.

Jezus zmienia Szymonowi imię, a to oznacza jedno: nadaje mu nowy cel w życiu. Teraz będzie Opoką, czyli Skałą, na której Chrystus będzie budował swój Kościół. Nie dlatego jednak, że Piotr sam z siebie jest mocny i niezachwiany, ale dlatego, że Chrystus wybiera go, umacnia i uzdalnia do tej misji. Mówiąc o kimś, że jest skałą, myślimy o osobie, która ma określone cechy charakteru. Jest to ktoś, kto jest silny, niezmienny, na kim można polegać w trudnych chwilach. Jest to ktoś, kto daje poczucie bezpieczeństwa i stabilności w trudnych momentach życia. Myślimy o kimś, kto nie ulega presji i nie da się łatwo złamać.

Czy te cechy charakteru tam, pod Cezareą Filipową, definiują Piotra jako skałę? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że tak. Stanowcza jego odpowiedź na pytanie, które Jezus postawił swoim uczniom: „A wy za kogo Mnie uważacie?” (Mt 16, 15), ukazuje Piotra jako osobę pewną siebie. Do tego stopnia, że chwilę później nie słucha Jezusa. Widzimy to w dalszym dialogu, w którym Jezus zapowiada, że musi pójść do Jerozolimy, aby tam oddać życie na krzyżu. Piotr upomina Jezusa: „Panie, niech Cię Bóg broni. Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie” (por. Mt 16,21-22). Pokazuje w ten sposób swoją niekonsekwencję, bo z jednej strony złożył deklarację, że Jezus jest Mesjaszem, a z drugiej upomina Go, aby nie godził się na śmierć krzyżową w Jerozolimie. Piotr rozpoznał, kim jest Jezus, ale jeszcze nie rozumiał, co oznacza być Mesjaszem. Nie potrafił jeszcze przyjąć, że droga Mesjasza prowadzi przez krzyż.

Może Piotr chce być silny i twardy jak skała, ale targają nim emocje. Został powołany do tego, aby być przy Jezusie, a gdy Mistrz zostaje pojmany, Piotr idzie za Nim z daleka. Nie ma go też pod krzyżem, na którym umiera Jezus. Wszystko to mogło rodzić w nim poczucie niegodności i grzeszności. Przy całej tej zmienności i niestałości Piotra jedno pozostaje niezmienne: przyjaźń Jezusa. Potwierdza ją Jezus po swoim zmartwychwstaniu, kiedy ukazuje się uczniom nad Jeziorem Tyberiadzkim. Wtedy Piotrowi powierza troskę o swoją owczarnię, przekazując mu odpowiedzialność pasterską i zapowiadając również, że i on poniesie śmierć, przez którą uwielbi Boga (por. J 21,15-19). Ostatecznie jego męczeńska śmierć staje się jego osobistym wyznaniem miłości i wierności Jezusowi. Ten, który nie umiał zgodzić się na mękę i śmierć swego Mistrza i próbował Go przed nią uchronić, sam ofiaruje swoje życie na krzyżu, na Jego wzór.

Historia Piotra uświadamia nam, że podobnych rzeczy Bóg chce dokonać w nas i poprzez nas. Dlatego zaprasza nas do postawienia sobie pytania: czy w historii Piotra nie odnajduję własnej historii życia? 

Historii, w której doświadczamy również wiele sprzeczności i deklaracji, których nie wypełniamy. Nie raz deklarujemy wierność Bogu, a ciągle potykamy się o własne grzechy i błędy. W jednej chwili jesteśmy pełni zapału i ufności, a chwilę później lęk, zwątpienie albo własna słabość sprawiają, że oddalamy się od Boga?

Stawiamy siebie i własne siły ponad Pana Boga, mówiąc, że sami sobie w życiu poradzi. W tym wszystkim jedno jest pewne: w historii życia każdego człowieka przyjaźń Jezusa nie ustaje. Jest niezmienna i może uzdolnić człowieka do ostatecznego świadectwa miłości i wierności Jezusowi.

Siostry i Bracia! Może czasem sądzimy, że Bóg nie będzie miał z nas pociechy, że już nic dobrego nie możemy Mu ofiarować. Pomimo tego On dalej wiernie nam towarzyszy i wspiera. Umacnia naszego ducha, bo nie rezygnuje z nas, bo wciąż w nas wierzy. Nawet gdy my rezygnujemy z siebie, On z nas nie rezygnuje, On dalej w nas wierzy, tak jak wierzył w Piotra, którego pod Cezareą Filipową nazwał Skałą, na której zbudował swój Kościół. Nie dlatego jesteśmy skałą, że nigdy nie upadamy. Stajemy się nią wtedy, gdy pozwalamy Chrystusowi podnieść nas po każdym upadku i uczynić z naszego życia świadectwo Jego miłości.

Siostry i Bracia! Może czasem sądzimy, że Bóg nie będzie miał z nas pociechy, że już nic dobrego nie możemy Mu ofiarować. Pomimo tego On dalej wiernie nam towarzyszy i wspiera. Umacnia naszego ducha, bo nie rezygnuje z nas, bo wciąż w nas wierzy. Nawet gdy my rezygnujemy z siebie, On z nas nie rezygnuje, On dalej w nas wierzy, tak jak wierzył w Piotra, którego pod Cezareą Filipową nazwał Skałą, na której zbudował swój Kościół. Nie dlatego jesteśmy skałą, że nigdy nie upadamy. Stajemy się nią wtedy, gdy pozwalamy Chrystusowi podnieść nas po każdym upadku i uczynić z naszego życia świadectwo Jego miłości.

o. Witold Radowski CSsR

XX Niedziela zwykła 16.08.2026

O co proszę? O łaskę wytrwałości na modlitwie w chwilach zwątpienia.

Wejdę w tłum ludzi, który podąża za Jezusem. Zbliżę się do krzyczącej kobiety, która chce zwrócić na siebie uwagę Jezusa. Wsłucham się w jej przejmujące wołanie: „Ulituj się nade mną”.

Czy przypominam sobie bolesne przeżycia, kiedy cierpiąc, wołałem do Jezusa: „Ulituj się nade mną”? Czy w tej chwili nie doświadczam podobnego stanu? Jakie słowa wyrażałyby najlepiej obecny stan mojego ducha?

Zauważę ogromny ból kobiety, która prosi za swoją córką dręczoną przez złego ducha. Czy w mojej rodzinie, wspólnocie są osoby zagubione i dręczone przez zło. Będę wołał do Jezusa, aby się nad nimi ulitował. Kogo pragnę Mu powierzyć?

Zwrócę uwagę na uporczywość kobiety, z jaką woła za Jezusem nawet wtedy, gdy inni ją zniechęcają. Co mogę powiedzieć Jezusowi o mojej wytrwałości w chwilach zwątpienia? Czy potrafi ę opierać się zniechęceniu?

Wsłucham się w rozmowę kobiety z Jezusem. Wczuję się w jej zmaganie z trudnymi słowami Jezusa. Nie zniechęca się, nie ustępuje w błaganiu.

Czy pamiętam modlitwy, w których doświadczyłem szczególnego zmagania ze słowem Bożym? Jakie to było słowo? Czy potrafi łem na nie odpowiedzieć? Jakie słowa w Ewangelii są dla mnie najtrudniejsze? Jak na nie odpowiadam?

Zbliżę się do Jezusa, który daje mi za przykład wiarę poganki. Jest tak mocna, że prowadzi do uzdrowienia. Przylgnę do Jezusa z moją kruchą wiarą, z pokusami zwątpienia i zniechęcenia. Będę powtarzał jak owa kobieta: „Panie, dopomóż mi”.

Krzysztof Wons SDS/Salwator

XIX Niedziela zwykła 09.08.2026

Słowo Boże jest darem, który pomaga nam odkrywać dobroć Boga. Dzisiejsze czytania, zwłaszcza historia o Eliaszu na górze Horeb oraz Ewangelia o Jezusie chodzącym po wodzie, przypominają nam, w jaki sposób Bóg przychodzi, aby być blisko człowieka. Nie zawsze dzieje się to w sposób dostrzegalny ani taki, jakiego człowiek się spodziewa, chociaż i o tej zwyczajnej, codziennej drodze Boga do człowieka nie należy zapominać. Dla każdego z nas może to być całkowicie inne doświadczenie. Ważne jednak, aby pamiętać, że Bóg może objawić się inaczej, niż byśmy tego chcieli. Przypomina nam o tym słowo proroka Izajasza: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje górują nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi”. (Iz 55,8-9).

Ponieważ Bóg jest inny niż nasze wyobrażenia o Nim, także Jego drogi do serca człowieka mogą być inne. Prorok Eliasz spodziewał się Boga w Jego potędze. Oczekiwać, że Bóg objawi się w sposób spektakularny. Być może oczekiwał, że objawi się w ogniu, wichurze albo trzęsieniu ziemi. Bóg wybrał jednak inną drogę i przyszedł w szmerze łagodnego powiewu. To słowo przypomina nam o naszych doświadczeniach, kiedy pytamy Boga o Jego potęgę w czasie choroby, utraty pracy, rozpadu małżeństwa albo wtedy, gdy nie doświadczamy owoców naszej modlitwy. Przychodzi wtedy pokusa, by zwątpić w to, czy Bóg może jeszcze coś uczynić w naszej sprawie, bo przecież nie daje o sobie znać swoją mocą. Dzisiejsze słowo jest dane właśnie na takie doświadczenia i przypomina nam, że On jest bliżej nas, niż myślimy, ale często mówi do nas w ciszy. Przychodzi niezauważalnie: w drugim człowieku, w Piśmie Świętym, w sakramentach Kościoła. Jednym z największych zagrożeń i niebezpieczeństw w naszym życiu duchowym jest to, że przez hałas świata przestajemy słyszeć głos Boga.

Dzisiejsza Ewangelia jest dla nas również słowem umocnienia w chwilach najbardziej wymagających w naszym życiu. Jezus uświadamia nam, że nigdy nie obiecał życia bez burz, ale obiecał, że będzie z nami w każdej chwili. W Ewangelii św. Jana czytamy następujące słowa: „Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować; jeżeli moje słowo zachowali, to i wasze będą zachowywać”. (J 15,20).

Jezus posyła swoich uczniów na jezioro, a burza, która ich spotkała, nie była dla nich karą. Była częścią ich drogi. Podobnie jest i w naszym życiu, kiedy doświadczamy życiowych burz. Nie powinniśmy jednak odczytywać każdej życiowej burzy jako Bożej kary. Są one częścią naszej drogi i naszego powołania. Nie każda porażka jest znakiem, że Bóg nas opuścił, i nie każdy zamęt oznacza brak Boga. Współczesny uczeń Jezusa także doświadcza przeciwnego wiatru i wysokich fal. Istotne jest jednak, aby pamiętać, że w tych życiowych przeciwnościach nie jest sam oraz że nie jest skazany na swoje słabości ani nawet porażki.

Najpiękniejsze zdanie, które daje nam dzisiaj Jezus, to słowa: „Odwagi! Ja jestem. Nie bójcie się!” (Mt 14,27).

One są sercem tej Ewangelii. Słowa „Ja jestem” (por. Mt 14,27) przywołują objawione Mojżeszowi imię Boga i ukazują Boską tożsamość Jezusa. Jego Imię przypomina nam, że Bóg już nieraz przeprowadził człowieka przez trudności. Ten, który prowadził Mojżesza i Eliasza, jest teraz z nami i chce nas prowadzić. To jest największa Dobra Nowina i Boża obietnica.

Jest jeszcze jedna prawda, która może stać się dla nas wskazówką. Piotr nie tonie dlatego, że wyszedł z łodzi, ale dlatego, że przestał patrzeć na Jezusa. Ewangelista Mateusz dopowiada jednak jeszcze jeden ważny szczegół – Piotr „na widok silnego wiatru uląkł się”, Piotr zwątpił (por. Mt 14,30-31). To właśnie wtedy zaczął tonąć. Być może rzadko zwracamy uwagę na to, że uczeń Jezusa rzeczywiście potrafił stawiać kroki po wodzie. Ewangelista Mateusz jasno ukazuje, że Piotr po wodzie podszedł do Jezusa. Zrobił to, co po ludzku jest niemożliwe. Dopóki patrzył na Jezusa, potrafił iść po wodzie. Zaczął tonąć, ponieważ przestraszył się i zwątpił, odrywając wzrok od Jezusa.

Ten fragment Ewangelii jest kolejnym obrazem naszego życia. Czasami musimy iść naprzód właśnie wtedy, gdy szaleje największa burza. Wiara nie polega na tym, że znikają przeciwności, ale na tym, że nawet pośród nich wiemy, na Kogo patrzeć. A kiedy zdarzy się, że spojrzymy w innym kierunku, nie zapominajmy wołać do Jezusa, tak jak uczynił to Piotr. Jego modlitwa nie była długa.

Powiedział tylko: „Panie, ratuj mnie!” (Mt 14,30).

I to wystarczyło, a Jezus natychmiast wyciągnął go z wody. Pamiętajmy, że Jezus nie czekał, aż Piotr stanie się doskonały. Najpierw go uratował. Tak właśnie działa Bóg i taką drogą przychodzi do nas. Niech dzisiejsze słowo Boże będzie dla nas umocnieniem i pocieszeniem.

o. Łukasz Drożak CSsR

XVIII Niedziela zwykła 02.08.2026

Dzisiaj Ewangelia przypomina nam, iż Bóg najczęściej nie zaczyna od tego, co wielkie i spektakularne, ale od tego, co człowiek jest gotów Mu ofiarować. Pięć chlebów i dwie ryby wydają się czymś zupełnie niewystarczającym wobec potrzeb kilkutysięcznego tłumu. W rękach Jezusa stają się jednak początkiem cudu i znakiem Bożej obfitości.

Warto krótko przypomnieć kontekst tej sceny: dzieje się ona po nauczaniu Jezusa i późniejszym odrzuceniu Go przez rodaków, bezpośrednio po ścięciu Jana Chrzciciela przez Heroda. Jezus udaje się na pustkowie, jednak gdy podążają za Nim tłumy, ogarnięty miłosierdziem wobec potrzebujących, zaczyna ich uzdrawiać. Uczniowie – powiedzielibyśmy dziś: kierując się zdrowym rozsądkiem – zaniepokojeni późną już porą i liczebnością tłumu proponują Jezusowi, by odprawił ludzi do okolicznych miejscowości. On jednak, ku ich zaskoczeniu, poleca, aby to oni nakarmili wszystkich – kilkutysięczny tłum. Gdy uczniowie wskazują, że mają zaledwie pięć chlebów, Jezus przyjmuje je i dokonuje rozmnożenia, sycąc wszystkich.

Jezus mógłby sam stworzyć chleb lub przemienić kamienie w chleb (choć sam odrzucił taką pokusę na pustyni). Działając jednak w ten sposób, jakby chciał nam przypomnieć, że czas stwarzania „ex nihilo” został zakończony, a teraz Bóg pragnie włączać człowieka w swoje dzieło. Oczekuje naszego współudziału, naszej aktywności i odpowiedzialności. Nie powinniśmy biernie oczekiwać, że Bóg zrobi wszystko za nas, ale raczej podejmować odpowiedzialność za przemienianie świata zgodnie z Jego wolą.

Trudno nie nawiązać tutaj przede wszystkim do Eucharystii. Gdy w darach przynosimy chleb oraz wino z odrobiną wody (owoce ziemi i pracy rąk ludzkich – jak mówią słowa modlitw wypowiadanych przez kapłana), dzięki Chrystusowi otrzymujemy życiodajny dar Jego Ciała i Krwi – pokarm na życie wieczne. Nasze „niewiele” zostaje przemienione w Obfitość, w Pełnię Życia…

Dziś w Liturgii Słowa niemal co chwilę słyszymy o tej obfitości, przygotowanej dla nas przez Pana, do korzystania z której zostaliśmy zaproszeni:

„Wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy! Kupujcie i spożywajcie, dalejże, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko! Czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę – na to, co nie nasyci? Słuchajcie Mnie, a jeść będziecie przysmaki i dusza wasza zakosztuje tłustych potraw” (Iz 55),

„Otwierasz rękę, karmisz nas do syta” (Ps 145), 

„Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4,4b) (aklamacja przed Ewangelią).

Próbujmy zatem nieustannie sami korzystać z obfitości tych darów, a jednocześnie przyprowadzać innych do Jezusa i pomagać im, by mogli nasycić się tym, co jest życiodajne, co daje prawdziwe życie…

Warto zauważyć także dwa interesujące przeciwstawienia, pojawiające się przy okazji tej sceny.

Trudno nie dostrzec tutaj wątpliwości uczniów (którzy przecież wielokrotnie byli świadkami słów i cudów Jezusa), niejako przeciwstawionych tłumowi, który pełen ufności podążał za Jezusem. Ludzie szukali Go nawet na pustkowiu, i to zanim (!) zaczął ich uzdrawiać oraz zanim ich nakarmił! Może to stanowić dla nas ostrzeżenie: czy czasem nasza wiara – pomimo podążania za Jezusem – nie osłabła i nie stała się „letnia”?

A może – jak mówi znane powiedzenie – bardziej szukamy powodów, by czegoś nie robić, niż sposobów, by zrobić coś dla innych? Wydaje się, że Jezus oczekuje od nas raczej aktywności niż bierności.

Aby dostrzec drugie przeciwstawienie, musimy cofnąć się do sceny poprzedzającej dzisiejszy fragment Ewangelii, opisującej zabicie Jana Chrzciciela przez Heroda. Można powiedzieć, że Herod – przedstawiciel tego świata, zwłaszcza ludzi możnych i sprawujących władzę – karmi człowieka złem, śmiercią i przemocą (dosłownie głową zamordowanego Jana Chrzciciela, przekazaną dziewczęciu, a przez nie jego matce). Jezus natomiast karmi nas swoim miłosierdziem, a w Eucharystii – swoim Ciałem i swoją Krwią, które dają życie wieczne.

Trudno uciec od pytania: czym bardziej się karmię? Co bardziej pochłania moją uwagę, czas i serce? To, co proponuje świat, czy to, co proponuje Jezus? Jak mówi Jezus: „z obfitości serca mówią usta”. Oferta świata często wydaje się na pierwszy rzut oka atrakcyjniejsza, łatwiejsza, kusząca pozornymi i szybkimi korzyściami. „Oferta” Jezusa niekiedy wydaje się „nie na czasie”, trudniejsza, postrzegana jako ciężar i „strata” (mamy przecież wziąć swój krzyż, mamy się umniejszać). Łatwo w takim momencie zapomnieć o tym, co otrzymujemy ostatecznie.

Dlatego też bądźmy ludźmi, którzy nie oczekują biernie, aż coś się zmieni na lepsze (nawet jeśli tę nadzieję pokładamy w Bogu), ale raczej bądźmy takimi uczniami, zasłuchanymi w słowa Mistrza, którzy wykorzystują każdy moment na to, by zasiać ziarna dobra, by wykorzystać to „niewiele”, co każdy z nas posiada, aby Jezus mógł przemieniać to w Życie prawdziwe…

o. Jarosław Liebersbach CSsR